RSS
czwartek, 26 kwietnia 2012
Tasmania część druga: Ta wyspa nie konczy się tak łatwo

Telefon stracił zasięg już poprzedniego dnia kilkanaście kilometrów od Hobart. Vodafone najwyraźniej nie inwestuje na małej wyspie w infrastrukturę. Moja cud-komórka z gwizdkami i dzwonkami ograniczyła swoje funkcje do zegarka. Radio w samochodzie też trzeszczało więcej niż grało z każdym kilometrem dalej od miasta.
Wstałem pięknie rano, herbata, śniadanie, szpadel niezbyt nachalne czynności higieniczne i w drogę. Telefon z GPS’em i mapami być może by się przydał tego poranka, bo za cholerę nie mogłem znaleźć drogi wyjazdowej z tego pięknego dziewięcio-milowego zakątka. Próbował mi pomóc jakiś chińczyk na spacerze, ale jego mapa w telefonie nie była lepsza od mojej drukowanej. Raz jeszcze, dezorientacja na południowej półkuli dała się odczuć. Kręciłem się przez jakiś czas po osadzie letniskowej aż zobaczyłem w końcu drogę, w którą powinienem był skręcić, żeby wypaść na główny trakt. Tym razem w dobrą stronę, drogą A3. Podłączyłem do radia mp3, wrzuciłem na listę którąś z płyt DJ Unkle i chłodząc łokieć mknąłem wybrzeżem.
Z miejsc naprawdę wartych chwili polecałbym  odcinek pomiędzy Bicheno a Chain of Lagoons. Wystarczy skręcić w tej okolicy z drogi w kierunku któregokolwiek oznaczonego pola biwakowego, potem zostawić samochód i po chwili widoki jak z tych pocztówek są całe twoje.

 

 


Inną ciekawostką było nazewnictwo miejsc. Praktycznie każdy mostek znajdował się nad jakimś „creek” albo „rivulet”, a każdy pagórek, sądząc po nazwach takich jak „Bust me gal” albo „Break my neck” musiał kojarzyć się nazywającemu z czymś bardzo przyjemnym lub mniej.
Wczesnym popołudniem byłem już St Helens. Mieścinie, która miała do zaoferowania biblioteko-kafejkę internetową, z której, wstydzę się, skorzystałem mimo, że obiecałem sobie abstynencję od komputerów i całego tego technologicznego badziewia. Celem na ten dzień było dotarcie do końca drogi, czyli Bay of Fires. To magnetyczna nazwa. Nic o tym miejscu nie wiedziałem poza to, co dało się odczytać z mapy, ale ciągnęło mnie w tym kierunku. Najpierw jakimiś szutrowymi drogami, bo mapa nie była zbyt dokładna, potem wąskimi asfaltowymi dojechałem Binalong Bay położonego na stromym zboczu i patrzącego od południa na Zatokę Ognia.
Słusznie ciągnęło w tą stronę, bo im dalej na północ tym jest ciekawiej. W miejscu gdzie droga definitywnie się kończy, stoi kilka gospodarstw, jedno z nich oferuje przyjezdnym kawę. Miejsce nazywa się The Gardens. Po zostawieniu samochodu na parkingu i przejściu kilku kroków robi się jasne czemu nazwa miejsca nawiązuje do ognia.

 

 

Gdy ja tam byłem i patrzyłem na te monumentalne skały, słońce świeciło mi w plecy. Nie potrafię sobie wyobrazić widoku o wschodzie słońca.
Stamtąd mogłem tylko zawrócić, niestety. Nie chciałem już nic więcej tego dnia odkrywać i postanowiłem zanocować w tej okolicy. Jadąc wzdłuż zatoki zatrzymałem się, żeby popatrzeć na plażę i te skały z innej perspektywy. W pewnym momencie znowu włączył się nawigator, który kazał mi zjechać z głównej drogi na jakieś bezdroża, bo być może jest tam coś ciekawego. Przez około dwa kilometry tłukłem się po wyboistej polnej drodze wzdłuż zatoki aż wyjechałem na otwartą przestrzeń. To był opuszczony kamieniołom. Opuszczony, ale nie do końca. Tam, gdzie zatoka dotyka kamieniołomu na niedużym pagórku stała przyczepa kempingowa. Lekko podniesiona i podparta drewnianymi klockami. Wyraźnie, nie był to weekendowy turysta. Zaparkowałem samochód i wysiadłem na obchód. Obszedłem budę i wtedy zobaczyłem, że na leżaku ktoś siedzi i czyta. Podszedłem i z pewnej odległości zagadałem.
- Przepraszam, nie chciałem przeszkadzać, ale zobaczyłem to miejsce i zaciekawiło mnie, bo wydaje się, że ktoś tu mieszka na stałe.
Ktoś wstał z leżaka. Ubrany był tylko w ręcznik, jakby właśnie wyszedł spod prysznica.
- Mieszkam tu od jakiegoś czasu już, to jest mój zamek. Witam, jestem Stefan.
Patrzyły na mnie małe ciekawskie oczka w opalonej na ciemny brąz twarzy. Jego włosy i długa broda naturalnie pozwijały się  w dredy. Znak, że higiena, nie jest priorytetem. Ręcznik musiał być więc zmyłką. Zaczęliśmy rozmawiać. Stefan dwanaście lat temu porzucił pracę i zaczął podróżować. Najpierw, przez kilka lat mieszkał na dużej wyspie, a około rok temu przeniósł się na Tasmanię. Mieszkał tu i tam, aż znalazł to miejsce kilka miesięcy wcześniej i postanowił zostać na trochę.
- Jeśli się nigdzie nie spieszysz, może zostaniesz na herbatę. Przejdź się po okolicy, tam jest ścieżka w górę kamieniołomu, możesz zrobić stamtąd dobre zdjęcia. Ja w tym czasie dorzucę do ogniska i nastawię wodę. Wspomniałeś, że masz papierosy?
Mniej więcej tak zaczął się przedostatni wieczór na Tasmanii. Wylądowałem w kamieniołomie zamieszkanym przez półnagiego dzikusa. Mogło być już tylko dziwniej.
Nie lubię być natrętny więc zdjęcia tego miejsca zrobiłem tylko ze szczytu kamieniołomu.





19:58, pomidoroff
Link Komentarze (1) »
Radio that rocks

Słucham od jakiegoś czasu tutejszego Rock Radio. Tak naprawdę jedynego radia w zasięgu, które da sie słuchać. Cała reszta emituje na zmianę sieczkę lub reklamy na poziomie przedszkola. Rock Radio gra muzykę. Tylko rockową. Nie ma reklam opróczy promujących stację lub wydarzenia, którym radio patronuje. I nawet jeśli zdarzy im się zagrać gównianą piosenkę, to i tak jest ona o niebo lepsza niż cokolwiek, co można usłyszeć w innych stacjach. Do tego są niegrzeczni. Nie cenzurują piosenek, więc jeśli artysta miał ochotę zaśpiewać "fuck" to odbiorca usłyszy "fuck" zamiast chwilowej pauzy lub na przykład "freak" bo takie drobne korekty też się zdarzają. Dziś rano w drodze do kombinatu słuchałem wesołego kawałka, który kończył się słowami:

"Should I lie to you? Should I lie to you?

To get to your pants.

I gues, yes"

Prawie jak rebelia.

13:21, pomidoroff
Link Komentarze (1) »
środa, 18 kwietnia 2012
Tasmania część pierwsza: Wyspa

Na wyspę można z Melbourne popłynąć promem. Zajmuje to około 9 godzin i przybija się do portu w Dovenport na północy wyspy. 175 dolarów kosztuje miejsce na podładzie widokowym w wygodnym fotelu, w którym można spać lub podziwiać z niego przepiękną panoramę morza. Miliony fal, a każda inna. Za niewiele więcej można polecieć prosto do Hobart na południu wyspy. Nie pamiętam czy były to lokalne Virgin Australia czy Jet Cośtam, bilet kosztował około 270 dolarów i w godzinę dziesięć byłem na miejscu. Muszę się przyznać, że australijski angielski to było dla mnie wyzwanie. Mówią za szybko, urywają wyrazy, gębę podczas mówienia otwierają tak od niechcenia tylko. Język tasmański, bo angielsko to to już nie był, wprawił mnie po prostu w osłupienie. Poczułem się jakby te pięć lat ogólniaka, pół roku lektoratów na politechnice, miliony maili i ostatnie cztery lata poza krajem, gdzie używałem tylko angielskiego poszło jak krew w piach. Przepraszałem i prosiłem o powtórzenie wolniej. Wtedy rozmówcy mówili bardzo wolno, szeroko otwierając przy tym usta i wyraźnie wymawiając każdy wyraz. Jak do dziecka. A ja się czułem jak jełop, ale przynajmniej się rozumieliśmy.
Jeszcze przed przylotem umówiłem się na wypożyczenie camper van’a. I tak oto Berth stał się moim domem na nastepne kilka dni.


Pracownik, a może właściciel wypożyczalni, wytłumaczył mi w skrócie co jest na wyposażeniu. Samochód ma materac, naczynia kuchenne, małą gazową kuchenkę, lodówkę turystyczną (pojemnik z podwójnymi ścianami), latarkę. „A to jest kibel przenośny. Wiesz jak z teog korzystać?” dodał wręczając mi saperkę. Potem omówiliśmy szybko jak i dokąd jechać. Na Tasmanii możesz zanocować w dowolnym miejscu przy drodze jeśli nie stanowi to zagrożenia dla ruchu. Poza tym wzdłóż wschodniego wybrzeża znajdziesz dziesiątki miejsc kempinogwych z prysznicem, toaletą i prądem. Po zmroku lepiej nie jeździć, a jeśli już trzeba to wszędzie stoją tablice przypominające o tym, żeby ograniczyć prędkośc do 50 – 60 km/h ze względu na zwierzęta.

Zwierzęta, wombaty, wollaby (mały kangur) giną pod kołami masowo. Nieszczęsne szczątki widziałem bez przesady co 15, może 20 km. Jak się dowiedziałem później, nie wszystkie giną na darmo, na szczęście.
Przed przylotem na wyspę przez dwa dni obserwowałem jak się jeździ po lewej stronie. Zauważylem , ze mają w Australii jeden dziwny patent na skręcanie na skrzyżowaniach. Jeśli przez skrzyżowanie przelatują dwa pasy w jedną stronę, a ty chcesz skręcić w prawo ustawiasz się samochodem na lewym skrajnym pasie na środku skrzyżowania tak, że ze swojej lewej strony masz samochody czekające na czerwonym na wjazd na skrzyżowanie. Puszczasz samochody jadące pasem na prawo od ciebie i gdy światła się zmienią przejeżdżasz zanim ci z twojej lewej ruszą. Skomplikowane? Modliłem się, żeby czegoś takiego nie było po drodze.
Powoli, ostrożnie wytoczyłem się na tasmańskie drogi.
W Sorell zrobiłem zakupy na najbliższe trzy dni i pojechałem dalej na północ w kierunku Orford. Plan był prosty: odstresować się i podizwiać widoki, a potem się zobaczy co dalej. Ruch na drodze był minimalny. Nikt nie jechał szybciej niż 80 na godzinę, ale jakieś dwadzieścia kilometrów przed Orford miał miejsce dość ostro wyglądający wypadek. Na dość ostrym podjeździe, na zakręcie zdeżyły się dwa samochody. Jeden leżał na grzbiecie. Była policja, karetka, nie było znanego z Dubaju rubber-necking’u. Dojechałem do Orford i zrobiłem tam krótki przystanek, żeby odpocząć. Było coś koło cwartej po południu. Do zachodu słońca jeszcze trochę czasu. Chciałem przejechać jeszce kilkadziesiąt kilomterów zanim zacznę szukać miejsca na nocleg. Ruszyłem w drogę. Coś mnie tknęło po chwili, że widok jest jakiś znajomy za szybą, ale spławiłem uczucie i jechałem dalej. Kilkanaście minut później znów mnie coś naszło, tym razem, że słońce nie jest tam, gdzie powinno być.  Skoro jadę na, mniej więcej północ, powinienem mieć je z lewej... Tak mi podpowiadał wewnętrzny nawigator. Jechałem taki zaniepokojony przez jakieś kolejne dwadzieścia minut, aż dotarłem do tego samego miejsca wypadku, które mijałem wcześniej... łapy mi opadły, wyminąłem miejsce i zatrzymałem się kilkadziesiąt metrów dalej, żeby zapalić, wypić redbula i spróbować przynajmniej częściowo zrozumieć jak to się stało, że włączając się do ruchu w Orford pojechałem w totalnie złą stronę. Stałem tak, kiedy z miejsca zdażenia podjechał do mnie jeden z policyjnych wozów „Wszystko w porządku kolego” spytał policjant. „Tak, wie pan, źle skręciłem i nie zauważyłem, że jadę w stronę skąd przyjechałem. Musze chwilę odpocząć”. „To dobrze, bo myśmy się tam zastanawiali po co ktoś stawałby i przyglądał się wypadkowi.” Dopaliłem i po raz trzeci tego dnia minąłem crash site. Przetoczyłemsię jeszcze raz przez zwodnicze Orford i pojechałem dalej na północ.
Podróżując kieruję sie prostą zasadą: „O! Ciekawe co tam jest”. Tak znalazłem się na „9 mile beach”, która ciągnie się przez tytułowe dziewięc mil zaraz za Swansea wzdłóż północnego przegu Great Oyster Bay. Teren wzdłóż tej drogi podizelony jest na kwartały z domkami i willami letnimi. Znalazłem miejsce, gdzie można było zaparkować samochód przy samej plaży i tam postanowiłem zanocować.

Ani w jedną stronę ani w drugą daleko jak wzrok sokoli sięgał nie było nikogo. Zagotowałem herbaty, przegryzłem kanapkę, wyszedłem na spacer ze szpadlem.

Gdy całkiem zaszło słońce i zrobiło się ciemno założyłem okulary przeciwsłoneczne, bo tak rażących po oczach gwiazd nie dało się inaczej oglądać.
Zasypiałem kołysząc do snu atawistyczne lęki przed ciemnością i nieznanymi demonami czającymi się poza kręgiem światła.


(Zdjęcia ze zbioru Tasmania na Flikrze)

18:30, pomidoroff
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Special Delivery... przerywamy program aby nadać specjalną wiadomość

Robert to mój przyjaciel od czasów ogólniaka. Człowiek, któremu oddałbym nerkę, gdyby potrzebował. Jego nerki bym nie wziął, bo wiem jak jest zużyta. Robert to chyba jedyny na świecie facet, który zachęcał swoją córkę do przyjścia na świat słowami "idź w kierunku światła! Idź w kiernku śmierdzącej dziury!". Zadzwonił przed chwilą z informacją, że 3,5 kilogramowa przesyłka została właśnie dostarczona przez jego ukochaną żonę Julię. Brzmiał przez telefon jakby co najmniej ze trzy razy tracił przytomność, ale chyba nie ma się co dziwić, bo to chuchro i panikara straszna.

Z okazji przyjścia na świat ich pierwszego dziecka, uściski dla obojga. Mabruk!

20:52, pomidoroff
Link Komentarze (5) »
Groza zaufania

Podsłyszane w wiadomościach radiowych:
„Większość kierowców źle interpretuje zaufanie do Boga. Na podstawie ankiety ustalono, że wielu kierowców uważa zapinanie pasów za oznakę niedowierzania w boską opiekę nad nimi”. Pomijając fakt „rzetelności” ankiety, o której nic więcej nie powiedziano, można się domyślić jaka była „grupa reprezentatywna”, na której przeprowadzono badania. Przypomniało mi się co powiedział mi kiedyś jeden koleś u klienta: „Jak wezmę ten długopis i go upuszczę to on nie spadnie tak po prostu, on spadnie Inshallah” – czyli spadnie jak bóg pozwoli. Dlaczego groza? Bo jakkolwiek nie obchodzi mnie, czy jakiś dewot zabije się bo nie miał zapiętych pasów, to jednocześnie, to, że ma gdzieś przepisy i bezpieczeństwo na drodze, bo i tak wszystko w Jego rękach, może być bezpośrednim zagrożeniem dla mnie czy kogokolwiek innego na drodze. A takie podejście do spraw doczesnych nie jest tu wyjątkiem. Zdrowy rozsądek i umiejętność myślenia o możliwych konsekwencjach własnych działań niestety jest. To co chcę powiedzieć, to to, że ślepa wiara upośledza. Tak się zastanawiam przy tej okazji, jak by wyglądał statystyczny rozkład ofiar wypadków drogowych według wyznania...


16:37, pomidoroff
Link Komentarze (2) »