RSS
czwartek, 09 sierpnia 2012
Drobne wpomnienia

Się rozpisywał nie będę specjalnie nad tym artykułem. Bardzo miło mi, że pani Basia napisała i opublikowała taki wspomnieniowy artykuł. Troszkę może za dużo nawiązała pod koniec do religijnych klimatów, ale nie będę się specjalnie czepiał. Jest mi miło.

 

23:11, pomidoroff
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 lipca 2012
Friday morning, denied boarding

Totalnie rozumiem ideę overbookingu. Uważam, że jest w porządku. Jest to biznes jak każdy inny. Z jednej strony linie zarabiają na tych pasażerach, którzy z własnej winy nie zdążyli na samolot, z drugiej muszą rekompensować pasażerów, którzy na lot się nie załapali jeśli lot jest przepełniony. Nie mogę niestety powiedzieć, że jestem fanem tej praktyki, skoro drugi raz z rzędu znalazłem się na liście oczekujących. Poprzednio było to na lot do Ghany, dziś do Kenii. Afryka jest zdecydowanie popularnym kierunkiem. Na lot do Ghany udało się znaleźć dla mnie miejsce w schowku na szczotki, dziś nie miałem tyle szczęścia i zostałem przebookowany na lot popołudniowy. W sumie tylko kilka godzin opóźnienia, a w ramach rekompensaty mam darmowy bilet w obie strony na tą samą trasę, a w zasadzie strefę, którą moge sobie rozszerzyć dopłacając różnicę. Prawie jak program lojalnościowy. Wydymamy cię, a ty i tak do nas wrócisz uśmiechnięty po więcej.

08:47, pomidoroff
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lipca 2012
Gdzie jest moja bryka?


Dostałem dziś maila z zagranicy z trudną misją do wykonania. Szło to mniej więcej tak: „Jak będziesz wracał w piątek to przywieź mi koniecznie bla bla bla, ale czarne, żadne inne. Jak nie będzie bla bla bla, to nie kupuj nic, bo to nie jest pilne. Potrzebne mi koniecznie jeszcze bla bla marki bla bla bla, w białej butelce z czarną nakrętką. No i gdyby ci się chciało jechać, to w takim a takim sklepie kup jeszcze to i to.” I tak przez półtorej strony A4.  Zostałem więc wysłany z misją. Przez pół dnia wkuwałem listę na pamięć. Po drodze z pracy przyszedł czas na wykonanie zadania. W głowie miałem już poukładane co i gdzie kupić, żeby było sprawnie i szybko. Zaparkowałem, wpadam do centrum handlowego. Marszruta opracowana w szczegółach i zoptymalizowana przez chińskiego listonosza*. Nic nie jest w stanie rozproszyć mojej uwagi, nawet marynarka Teda Bakera przeceniona o 75%. Słuchawki na uszach a w nich audiobook znanego amerykańskiego specjalisty o rozwoju osobistego, który podpowiada mi jak radzić sobie w takich sytuacjach: „wdech... wydech... wdech... wydech”. Sklep numer jeden: „Macie to i to, rozmiar taki i taki”, „Mamy”, „Biorę! Tylko proszę włożyć w większą torbę, ta wygląda... zbyt kobieco”. Sklep numer dwa, ta sama sytuacja. Jak na razie wszystko idzie dobrze i zgodnie z planem. W kolejnym sklepie nie pytam nawet czy mają, tylko pokazuję zdjęcie produktu w telefonie. Mają. Sprzedawca próbuje mnie wybić z rytmu pytaniem, czy chcę wypróbować nowe perfumy. Ogłuszam go paralizatorem. Colateral damage. Płacę i wychodzę na parking. Mogę odetchnąć i pozwolić, żeby opadł stres. I chyba pozwoliłem za bardzo, bo za cholerę nie wiem, gdzie zaparkowałem. Idę na chybił trafił przez chwilę. Samochodu nie ma. Na pilocie jest przycisk „call me boski”, który aktywuje alarm. Naciskam i słyszę, że coś wyje w oddali, tylko co z tego, skoro przez odbicia dźwięku nie mogę ustalić z której strony dochodzi sygnał. Wyłączam i idę w kierunku, który wydaje się słuszny. Włączam alarm znowu i jak w horrorze, słyszę go jakby dobiegał zza moich pleców, ale gdzieś daleko. Idę w tamtym kierunku. Próbuję uaktywnić alarm. Nic z tego. Aha! Znaczy się oddalam się od samochodu. Znowu w tył zwrot i marsz we wcześniej obranym kierunku. Wiem, powinienem był zataczać kręgi jak Karusek, ale na to już za późno. W tym momencie dopada mnie olśnienie. Zaparkowałem piętro wyżej i ten dźwięk dolatywał znad mojej głowy.
Siedząc już w samochodzie poczułem czuję się jak w objęciach niani. Spokój spłynął na mój umęczony umysł. Jeszcze tylko kilka kilometrów i będę w domu. Wyjechałem z parkingu.. na pierwszych światłach w lewo, na następnych w prawo, potem prosto. W połowie drogi zabrakło mi paliwa.


Tego samego dnia, później, już w domu. Sms za granicę:
- Mam te legginsy i mleczko do demakijażu dla ciebie.
- O! Nie liczyłam, na legginsy, dziękuję.
Więc to jednak była misja samobójcza.

 

* - Problem chińskiego listonosza

17:58, pomidoroff
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 lipca 2012
Zapach fiołków

W Kenii obowiązuje zakaz palenia w miejscach publicznych. Przepis o tyle nieprecyzyjny co nagminnie łamany. Podobno za złapanie na paleniu można zapłacić 50 tysięcy szylingów kary, ale oczywiście wszystko tutaj da się przenegocjować z policjantami.

U jednego z klientów ktoś powiesił kartkę w kąciku dla palaczy:

"Smoking is prohibited

Smoke at your own risk

If you are got up you will face concequence"

Przekaz niby oczywisty: "Palenie zabronione. Palisz na własną odpowiedzialność. Jeśli zostaniesz złapany poniesiesz konswkwencje."

Ale jeśli się przyjrzeć dokładnie, jest w tej wiadomości drugie dno. Według Urban Dictionary "get up" znaczy tyle co "być na haju", "palić trawkę". Nie wiem czy autor napisał tak celowo, czy to tak zwany "pun unintended" - dżouk niezamierzony. Stawiałbymna to pierwsze. Słyszałem, że takie coś można ty kupić za około 500 szylingów.

 

 

14:50, pomidoroff
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 lipca 2012
Gdzie jest Polska, wtf?

No więc Qatar Airways zacznie wkrótce latać do Kilimanjaro jesli wierzyć ich newsletterowi. I to 3 lub 4 razy w tygodniu:

Introducing Kilimanjaro, Tanzania

Bez dwóch zdań, miejsce jest warte odwiedzenia w weekend bo jest to punkt wypadowy do Serengeti, na górę Kilimanjaro, wulkan Ngorongoro, ale ja się pytam, kiedy kuźwa polecę ze żwirowni prosto do Polski. Zobaczyć Kurpie, bagna nadbiebrzańskie, wycinanki łowickie, Mac Donalds na Długiej w Gdańsku...

11:18, pomidoroff
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35