RSS
czwartek, 27 listopada 2008
To nie jest miasto dla pieszego

Wracamy od klienta z Abu Dhabi. Samochód firmowy dowozi nas pod Radissona w Media City w Dubaju. Stąd muszę dojechać jeszcze do hotelu. Wysiadamy, wtedy pytam jednego z kolegów, gdzie tu jest najbliższy postój taksówek. Kręci głową, że nie ma, że jedynie pod hotelem się zatrzymują i życzy mi powodzenia. Śmieje się przy tym jakoś tak nie do końca życzliwie. W godzinach szczytu złapać taksówkę w Dubaju nie jest prosto. Szczyt zaczyna się o piątej po południu i trwa mniej więcej do ósmej. Jeśli nie masz szczęścia to może się zdażyć, że spędzisz te trzy godziny z ręką wyciągniętą i machającą do każdej taksówki, a potem ,w desperacji do, po prostu każdego samochodu. A co z tymi postojami taksówkowymi? Hmm, z jakimi postojami? Jasne są, ale po co akurat w centrum miasta, gdzie mają swoje biurowce na przykład CNN albo wydawnictwo Leo Burnett'a. Kombinuję i po chwili walę do recepcji hotelu. W recepcji pytam czy mogą mi zamówić taksówkę. Nie wychylam się, że w tym hotelu wcale nie mieszkam, to by nic nie pomogło. Obsługa recepcji sztywna ale uprzejma mówi, że przykro im, ale o tej porze żadnej taksówki nie uda się zamówić, bo firmy taksówkowe nawet nie odbierają telefonu. Trochę to dziwne w 3 milionowym mieście, ale to Dubaj proszę państwa. Hotel ma na szczęście swój własny transport, na nieszczęście też cały zajęty. No cóż mogło się udać. Na do widzenia upewniam się, że w pobliżu nie ma żadnego postoju, recepcjonistka tylko kiwa przecząco i uśmiecha się z politowaniem. Idę łowić na „własną rękę”. Dobrze, że mam wprawę w jeżdżeniu stopem. Wiem dzięki temu, że trzeba ustawić się w takim miejscu, żeby samochód mógł sie zatrzymać na poboczu i nie blokować ruchu. Wiem też, że trzeba sprawnie wyminąć innych łapiących i najlepiej znaleźć się na początku kolejki. Samo złapanie taksówki to jeszcze nie sukces. Taksiarz, jak usłyszy dokąd ma jechać, może po prostu powiedzieć, żeby petent spadał na drzewo, bo wie, jak ma się  sytuacja na drogach i kurs zajmie mu z godzinę, półtorej w obie strony. A chłop ma płacone od obortu. Licznik co prawda bije kiedy taksówka stoi w korku, ale to nie są pieniądze porónywalne do tych, które zarabia pędząc niczym ten wielbłąd po pustyni, szerokimi autostradami Emiratów. Ci co to nie wiadomo czego nie robili w wojsku wiedzą, że każdą rakietę jest anty-rakieta. Jak podpowiedział mi kolega: najpierw wsiadaj, potem mów dokąd. Jeśli taksiarz zacznie się wykręcać, powiedz mu po prostu: man I’m a resident here, I know I can report on you, can you give the number you have on that plate. I tyle. Jeśli byś faktycznie na niego doniósł jego firmie, że odmówił zawiezienia cię, to mu firma pojedzie po kasie, boleśnie. No, ale nie o tym mówiłem. Nastawiam się pozytywnie, staję w strategicznym miejscu i łapię. Mija kilka minut i nic, w tym czasie przejechały może ze trzy taksówki... mija kolejne kilka minut, nadal nic. Nie ma paniki, potrzebna jest tylko jedna taksóweczka. Może być nawet mała. Nadal nic. Ale jest ok, pozostali ludzie, stojący wzdłuż drogi przede mną, też nic nie upolowali. Mi się na pewno poszczęści, bo jestem ubrany w garnitur, mam na ramieniu laptopa, a na drugim aparat. Będzie dobrze. Kolejne kilka minut... W końcy z przejeżdżającego  samochodu słyszę: Taxi? Zatrzymuje się. To nie jest taksówka, a przynajmniej nie jest oznaczona. Otwieram drzwi, trochę nieufnie, ale podekscytowany. „Where?”, „Premier Inn Hotel, Green Community”, „30 dirhams”, „Can you give me a receipt?”, “No, no! No licence”. Ok, wsiadam i jedziemy. Ciut taniej niż normalną taksówką, wiezie mnie lokalny pirat taksówkowy bez licencji. Na pewno zna dobrze miasto i z 10 minut będziemy na miejscu. „To dokąd” - pyta, powtarzam nazwę hotelu i dzielnicy. „Znasz drogę?” – dziwne pytanie od „taksówkarza”, „Myślę, że ty znasz”, „Ok, ok”. Po chwili, „Tu skręcić?”, „Człowieku nie wiem, jestem tu od dwóch dni”. Dobra, coś tu zaczyna nie grać. Gość niby jedzie, ale nie za bardzo wie gdzie. Dzwoni gdzieś i, jak mi się wydaje, pyta kogoś o drogę.  Po chwili opuszczemy autostradę i wjeżdżamy w słabo oświetlone uliczki. Wraca mi nadzieja, że się dogadał z kimś i wie jak trafić. Dla pewności się upewniam, mówi, że wie. Kluczymy przez kilkanaście minut, co chwila stojąc w korku. To miasto jest naprawdę zapchane. Zaczynam się trochę obawiać, czy cała ta przejażdżka, to przypadkiem nie jest wstęp do jakiegoś napadu. W końcu gość z laptopem i aparatem, po zmroku, to niezły kąsek. Może on wcale nie dzwonił zapytać o drogę, tylko umawiał się na odbiór towaru: „No siema, Abdul mówi. Wiozę frajera... Tam, gdzie zwykle... Ok, jak biorę fanty, ty mięso... Nie, chudy...”, spoglądając przez ramię na mnie, „Na karmę... albo rosół...”. Z drugiej strony w przewodniku pisali, że Dubaj to miasto o jednym z najmniejszych współczynników przestępczości. W przewodniku... Gość, co go pisał, raczej nie został napadnięty i obrabowany. Mija już mniej więcej pół godziny a my nadal jesteśmy w okolicach  centrum. Na dobrą sprawę nie dalej niż 5 km w linii prostej od miejsca startu. W końcu kierowca z roześmianą gębą pokazuje znak nad drogą: „The greens”. „Ale to miało być Green Community!”, „To ta sama okolica”, „Jesteś pewien?”, „Jasne!”. Jestem trochę zrezygnowany, ale wolę już jechać niż tu wysiąść. Dubaj nie jest miastem dla pieszczych, przynajmniej nie ta ściśle turystyczna część. W większości nie ma tu chodników i popylasz ulicą narażając się na rozjechanie przez jednego z wielu wariatów, albo popylasz poboczem, co grozi a) wpadnięciem w jakiś wykop, b) nadzianiem się na jakieś kable, druty. Dubaj nie jest też miastem dla niezmotoryzowanych, bo tu praktycznie nie istnieje transport publiczny.

Po kolejnych dziesięciu minutach jesteśmy w The Greens, które niewiele mają wspólnego z Green Community, a już na pewno nie lokalizację. Koleś kilka razy zatrzymuje się i pyta o drogę, ale najwyraźniej jest tak zupełnie nie stąd, że w ogóle nie kuma objaśnień. W końcu sam przyznaje, że nie wie jak zawieźć do hotelu i proponuje, że odstawi mnie do Media City. Oddycham z ulgą. I w ten sposób, godzinę później jestem praktycznie dokładnie w tym samym miejscu, z którego wyruszyłem, stoję i macham na taksówki. Jedna z nich zatrzymuje się koło mnie już po kilku minutach. Dziwne, to są nadal godziny szczytu. Czyżby ci wszyscy ludzie, tak sceptycznie nastawieni do taksówek mylili się? Czy po prostu mam fuksa? Chyba bardziej, to drugie.

Siedzę teraz w wygodnej klimatyzowanej landarze marki Toyota, pomykającej  wgłąb pustyni w kierunku klimatyzowanego hotelu, z której to uprzejmie donoszę. Darz Bór.

21:52, pomidoroff
Link Dodaj komentarz »
1 ... 31 , 32 , 33 , 34 , 35