RSS
piątek, 02 listopada 2012

Pół roku temu popełniłem wpis o Stefanie mieszkającym w porzuconym kamieniłomie na brzegu lagunu, kilka kilometrów od oceanu. Po krótkiej rozmowie Stefan zaproponował herbatę. Usiedliśmy, żeby porozmawiać i wstępnie się poznać. Stefan, mistrzkamieniarski z Monachium od kilkunastu lat żyje nie wiem z czego, chyba tylko z pracy własnych rąk. Porusza się z miejsca na miejsce zdezelowanym minibusem, którego ostatnio w ogólenie odpala, bo skończyło mu się ubezpieczenie i nie chce mu się płacić za benzynę. Rzucił w cholerę wygodne życie artysty kamieniarza, gdy zaczęły mu szwankować stawy i plecy nadwyrężone latami fizycznej pracy. W czsach, gdy pracował jeszcze przy odnawianiu kościołów i katedr zdarzało mu się mieć do czynienia z lokalnymi bezdomnymi. Jako szef budów przymykał oko na ich obecność po zmroku, pozwalał brać prysznic w firmowych barakach dla pracowników albo przespać się w jakimś ciepłym miejscu. Taka nienachalna symbioza chyba ostatecznie natchnęła go do redykalnej zmiany, czyli porzucenia życia w mieście na korzyść swobody. Wystartował do nowego życia z lepszym niż bezdomni bagażem. Mimo swojego prymitywno-naturystycznego podejścia do życia, miał przynajmniej zasoby, które pozwoliły mu zawędrować na drugi koniec świata, kupić budę i opłacić się lokalnym strażnikom leśnym za koczowanie i zbieranie drewna na opał.

Po herbacie Stefan zaproponował, że mogę skorzystać z jego terenu, jeśli nie mam lepszego pomysłu na nocleg. Odpowiedziałem zgodnie ze swoim samozachowawczym instyktem, że przemyślę i odjechałem w kierunku St Helen. Podpowiedział jeszcze, żebym ze zbieraniem drewna na ognisko poczekał do nocy, żeby nie wpaść w oko lokalnym strażnikom. Miałem już na tą noc upatrzone miejsce na nocleg, ale kusiło mnie żeby jeszcze raz usiąść na dłuższą pogawędkę. W St Helen kupiłem „na wszelki wypadek” karton wina i jeszcze butelkę, a do tego dwie paczki cholernie drogich fajek i wróciłem na wcześniej upatrzone miejsce noclegowe na końcu jednej z setek dróg do nikąd.



Zanim kompletnie zaszło słońce, wygrzewałem się na skale jak ta jaszczurka, popijałem wino, czytałem knigę i zastanawiałem się, czy nie wrócić do kamieniołomu na noc. Po flaszce zdecydowałem, że wrócę i zobaczymy co się wydarzy. W najgorszym razie pamiątką z pobytu na wyspie będzie obolały zadek. Jego lub mój.
Usiedliśmy przy ogni, na któym w okopconym czajniku gotowała się woda na kolejną herbatę i kawę. Przekazałem w prezencie karton wina, jako, że nie wypada gościowi przychodzić z pustymi rękami. Odkorkowaliśmy kolejną flaszkę i zaczęliśmy rozmawiać. O tym czym dla niego jest ten bezludny zakątek, który nazywa Neuschwanstein na cześć niedocenianego i za życia zgnębionego króla Bawarii. Opowiadał bez zachamowań o swoich codziennych troskach takich jak co tu do gęby włożyć i niemal cudownych rozwiązaniach takich jak znalezienie na drodze jeszcze ciepłego, świeżo rozjechanego wollaby, które po wypatroszeniu starcza na tydzień. W tym miejscu zrobiło mi się trochę niedobrze, ale z drugiej strony czemu mamy się krzywić na jedzenie padliny, jeśli takie same smakołyki kupujemy w mięsnym. Inna higiena, ktoś powie. Wcale nie, po prostu potrzeba chwili, determinacja i umiejętność prawidłowego obchodzenia się z upolowaną zwierzyną. Rozmawialiśmy, a w zasadzie ja słuchałem, długo w noc o tym co go pociąga w tym włóczęgowskim życiu i czego mu najbardziej brakuje.
- Czego ci tu brakuje? Chyba kobiet tylko.
- To miejsce, to jest raj. Ale wiesz co jest najśmieszniejsze – powiedział – To, że kobiety wcale nie chcą mieszkać w raju. One go chcą tylko odwiedzać.
Stefan jest defetystą, wierzy, że ten świat jakim jest teraz nie ma przyszłości. Spojrzał na wschód, na lagunę zalegającą u stóp jego siedliska i powiedział.
- Kiedyś stamtąd przyjdzie wielka fala, która nas zmiecie. Jeśli ta fala będzie wyższa niż te drzewa to niczym się nie martwię, ale jeśli będzie niższa, to mam przesrane, bo prawdopodobnie przeżyję.
Stefan żyje wedle zdrowej zasady określającej ile czasu należy w ciągu dnia poświęcić na rozrywkę i  pracę nad własnym utrzymaniem. Nie więcej niż dwa tygodnie w miesiącu poświęca na usprawnianie swojego lokum i utrzymanie się przy życiu. Rąbie drewno na opał, uprawia ogródek, usprawnia budę, w której mieszka. Resztę czasu spędza pływając kajakiem po pięciokilometrowej lagunie i oceanie tuż za nią, łowiąc ryby, polując na zwierzęta. Zna większość ptaków żyjących w okolicznych zaroślach. Co dzień wstaje rano i jeśli tylko chmury nie przeszkadzają ogląda wschód słońca ponad jego niemalże prywatną ostoją.
Na drugi dzień pokazał mi film na swoim apracie.  Na tym filmie widać płetwala błękitnego, na oko długiego na dziewięć metrów, nie dalej niż metr, dwa od filmującego go Stefana. Sześć godzin w wodzie z gigantycznym ssakiem, które opłacił dwutygodniowym przeziębieniem.
Pożegnalismy się, bo ja musiałem powoli wracać do swoich miejsc i obowiązków. Stefan został w swojej cichej zatoce. Szykował się powoli do zimy.


20:17, pomidoroff
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 października 2012
Dzień, w którym zamarzła pustynia.

Polski ambasador w Katarze wynegocjował niedawno zniesienie wiz dla Polaków za co dostał należne brawa. Jego wyczyn to jednak nic w porónaniu z tym co stało się w Emiratach. Trudno powiedzieć, czy tutejsza ambasada maczała w tym palce, jedno jest pewne, Polacy nie mają po co latać do Kataru, skoro w dubajskich Choitramach można kupić Nałęczowiankę! Najlepszą na świecie wodę mineralną. Tak dobrą, że nadaje się do wszystkiego. Można ją pić z każdym rodzajem Whiskey, dolewać do tanich win dla poprawienia smaku, pić z wódką, piwem, a nawet heretycki Jagermaister smakuje z nią jak dość dobry miód pitny. Potwierdzone doniesienia mówią o tym, że łyk Nałęczowianki skutecznie leczy z zaparć, niestrawności i migren (ale tylko angielską królową, pospółstwo leczy z napierdalania łba). Nałęczowianka jest tak dobra, że nawet średnio rozgarnięty kaznodzieja potrafi zamienić ją w wino, od którego, uwaga, nie trzeba płacić 30% podatku jak przy kasie w MMI. True story. Sprawdzone doświadczalnie i organoleptycznie. Po 30 minutach stania w piątek pod meczetem woda zamieniła się w całkiem dobre Sauvignon Blanc. Takie, za które normalni musiałbym zapłacić ze 30 dirhamów plus podatek. Było co prawda ciepłe, ale nie trzeba przecież pić od razu na miejscu.
Jest jednak pewien haczyk. Za zgrzewkę wody cud trzeba zapłacić prawie 5 razy tyle co za każdą inną. Ale jak to mówią: Jeśli musisz pytać o cenę, to znaczy, że cię nie stać. Pięć butelek francuskiej „wody” Evian już jest tam, gdzie jej miejsce i podąża rurami w kierunku oczyszczalni ścieków. A ja już wiem co sobię kupię w tym roku pod choinkę.


16:32, pomidoroff
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 września 2012
Daj mnie tę kurę Abdul!

Nuda i brak akcji więc będzie przegląd prasy. Właściwy organ w Abu Dhabi wydał decyzję, że wszyscy pracownicy firm rządowych mają mieszkać w tym emiracie lub ryzykują utratę dodatku na wynajem mieszkania i sankcje dyscyplinarne. Na przeprowadzkę ludzie mają rok. Decyzja poparta jest dogłębnymi badaniami, z których wynika, że co dzień między 6.00 a 7.00 rano do miasta wjeżdża około 10 tysięcy samochodów, a w nich 16 do 20 tysięcy ludzi. Przemieszczanie się takich mas powoduje po pierwsze ogromne problemy w ruchu, po drugie zmęczeni pracownicy są mniej wydajni. Kolejnym argumentem jest to, że pracownicy, którzy nie będą musieli spędzać na dojazdy kilku godzin dziennie, będą mogli spędzać więcej czasu z rodzinami.

Natychmiast pojawiają się jednak wątpliwości. Po pierwsze ci, którzy przeniosą się do Abu Dhabi najpewniej osiedlą się na obrzeżach miasta więc i tak będą codziennie zapychać drogi wjazdowe. Po drugie, co z firmami, które mają oddziały w innych emiratach. Po trzecie, czy nakaz dotyczy firm, które są tylko częściowo rządowe. Obiekcje mają też sami pracodawcy. Czy jest legalne obcinanie świadczeń już po podpisaniu kontraktu. Wydaje się, że pracownicy mają jednak przerąbane, bo jak wypowiedział się jakiś prawnik z Abu Dhabi, jesli pracownikowi to się nie podoba będzie musiał ze swoją skargą iść do sądu. Po czym inteligentnie konkluduje: to się nie opłaca więc lepiej się już przeprowadzić. I tak dalej... W trochę innym tonie piszse o sprawie Gulf News. Według nich wszystko jest cacy i będą same pozytywy z takiej decyzji. Aprawda jak zwykle jest zupełnie inna. Nastawiali sobie szejkowie w Abu Dhabi osiedli mieszkalnych. Nikt w nich nie mieszka bo ceny nawet po spadkach z lat 2009 -2011 są przekurewsko wysokie. Więc zrobiło im się krótko, zobaczyli, że na tych inwestycjach nie ma kokosów. Usiedli, podumali i wymyślili: skoro kura nie chce przyjść do nas sama, to my ją tu przyholujemy. I oskubiemy.

 



19:44, pomidoroff
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 września 2012
Na naszej dzielni...

Wczoraj pod osłona nocy niezidentyfikowana brygada pływaków przyholowała na nasze bajorko dziwne urządzenie migające światłami. Pomyślicie: też nowina, to po prostu obcy przytargali swoje UFO. Ale nie macie racji, to pracownicy z obsługi osiedla zamontowali pływającą fontannę-disco. Światła widać dopiero po zmroku, ale jak zaczynają błyskać, to aż chce się tańczyć.

 

12:09, pomidoroff
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 sierpnia 2012
Orzeł wylądował

Dwa razy. Najpierw w Stephena, a dziś w moim talerzu. Było tak... Pora lunchu w Safaricom’ie w Nairobi (Nairobery). W kantynie trzy małe firemki mają swoje stoiska z jedzeniem. Wybór podobny, potrawy się powtarzają, ale przeważnie można znaleźć coś smacznego dla siebie. Z telerzem można usiąść w jadalni, albo jak nie ma wolnych miejsc na tarasie. I na tarasie dzieje się właśnie akcja. Zamówiłem sobie wołowinę w sosie z ziemniakami i surówką. Wołowina w tego rodzaju miejscach jest często gumiasta więc poprosiłem o mniej mięsa, za to więcej marchewki i sosu. Wziąłem do tego sok i idę na taras usiąć. Na tarasie puściutku, zmierzam więc do stolika, a tu nagle usłyszałem tylko lekki szum, zozbaczyłem cień, coś mnie musnęło lekko w ramię  i byłem o kawałek wołowiny biedniejszy. Ptak, podobny do jastrzębia, ale bez siwych piór, rozpiętość około dziewiędziesiąt centrymentrów nadleciał z tyłu. Taras jest szeroki na 4 metry i zadaszony. Musiał więc przynurkować wcześniej, potem wyrównał, żeby wlecieć pod dach tarasu. Na pełnej prędkości śmignął mi tuż koło prawego ramienia, złapał kawałek żarcia z talerza, który niosłem i dał w długą. Wszystko to trwało ćwierć sekundy. Atak wykonany tak precyzyjnie, że sos ledwo co został rozchlapany.
Jakieś trzy tygodnie temu prawie identyczna historia zdażyła sie Stephenow. On już siedział i jadł kurczaka, gdy na stół spadł mu myśliwiec, rzucił się na talerz, frytki latały na wszystkie strony, chwycił kawałek kurczaka i zwiał. Steve był przerażony. Ja się zastanawiałem czy też bym siedział i patrzył czy byłbym na tyle szybki i odważny, żeby walczyć o swoje. Nie dane mi było dziś sprawdzić bo szuja zaatakowała od tyłu.


12:29, pomidoroff
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35