RSS
środa, 05 grudnia 2012
Dziwne pytania, głupie odpowiedzi

Jest taki standardowy zestaw pytań, który przewija się niemal za każdym razem w sytuacji poznawania nowych ludzi. Skąd jesteś? Jak długo już tu mieszkasz? Ile jeszcze planujesz tu zostać? Tak zaczyna się rozmowy w Dubaju i pewnie w wielu innych miejscach, w których jest taka niesamowita mieszanka etniczna. Nie ma się co dziwić pytaniu o pochodzenie. Sam jestem ciekaw skąd są nowo, często przypadkowo, spotkani ludzie. Z praktycznego punktu widzenia uważam, że dobrze jest znać pochodzenie ludzi przy stole, żeby nie wejść na jakąś minę międzykulturowych różnic. Żeby nie zaproproponować wieprzowiny muzułmance (znam wyjątki) albo soczystego steka hindusowi. Pozostałe dwa pytania mają w sobie coś z nostalgii. Długo już tu siedzisz w tym piachu z dala od rodzinnej wioski biedaku? Pewnie zabrali ci paszport i musisz uzbierać na zapłacenie pośrednikowi, który cię tu sprowadził. „Jak długo” to w ogóle jest podchwytliwe pytanie. Nikt nie przyjeżdża do Dubaju na stałe. Nie ma opcji, żeby się osiedlić, dostać obywatelstwo i spokojnie dożyć stu lat w luksusie. Dubaj, to bardzo tymczasowe miejsce, a rotacja jest ogromna. Szczególnie było to widać w roku 2009, kiedy gówno wpadło w wiatrak i tysiące (dziesiątki, jeśli nie setki) ludzi zostało bez pracy i musiało wyjechać. Często w pośpiechu z obawy przed restrykcyjnym prawem, które za długi najpierw wsadza do paki a dopiero potem pozwala ci spłacić kredyt czy debet na karcie. Z drugiej strony, jeśli nie ma przymusu wyjazdu, ludzie często mówią, a jeszcze rok tu posiedzę. Spotykasz ich rok później, zadajesz to samo pytanie i otrzymujesz tą samą odpowiedź. Dubaj wciąga. Luksusik miło łechce. Grubiutki portfel fajnie ciąży. Trawa jest wystarczająco zielona na własnym pastwisku. Po tych trzech standardowych pytaniach często słyszę kolejne pytanie-stwierdzenie, którego genezy za cholerę nie jestem w stanie zrozumieć.
- Jesteś z Polski? W jakim języku tam mówicie? Po niemiecku?
Niech skonam jeśli kłamię. Słyszałem to pytanie od różnych ludzi, w zupełnie niezwiązanych ze sobą okolicznościach i mimo, że móżdżę nie mogę pojąć dlaczego ludzie zakładają, że w Polsce mówi się po niemiecku. Ktoś mi kiedyś powiedział, jak zacząłem drążyć, że tak myślał, bo jesteśmy sąsiadami. Logiki w tym nie widzę, ale może też nie wiem czegoś, co wiedzą oni. Tak czy inaczej, przestałem sprostowywać nieporozumienia, zamiast tego potwierdzam i opowiadam teraz ludziom jeszcze większe głupoty. Nie będę przecież zastępował im szkoły i Wikipedii. Moim ulubionym, dość dobrze już dopracowanym blefem jest to, że wyjeżdżając z kraju zapisałem się do rządowego programu promowania Polski za granicą. Program polega na tym, że Polak za granicą ma aktywnie promować pewne stereotypy i umniejszać inne. W zamian za comiesięczną pensję, niezbyt dużą, mam na przykład określoną ilość razy w miesiącu brać udział w towarzyskich spotkaniach i pić dość dużo alkoholu, ale się nie upijać. Otwierać drzwi kobietom. Ustępować miejsca staruszkom w autobusie. Nie wolno natomiast narzekać w towarzystwie. Nie wolno być kłótliwym. I tak dalej. Ludzie łykają to jak młody pelikan żabę.


18:38, pomidoroff
Link Komentarze (4) »
czwartek, 15 listopada 2012
Dirty talks

W rozmowach z kolegą S lubię to, że w ciągu sekundy potrafią zmienić się poważnych w zupełnie idiotyczne i na odwrót. Tak było na przykład, gdy obaj myśleliśmy, że mamy syndrom Touretta i co drugie zdanie w poważnej rozmowie na czacie na skajpie leciały przekleństwa na dowód naszej choroby. Potem okazało się, że jesteśmy jednak zdrowi, tylko mocno wkurwieni robotą i firmą. Dziś rozmowa w pewnym momencie zmieniła się w popis znajomości Urban Dictionary:
[11:09:28 AM] S: oh
[11:09:39 AM] S: Ok thanks for compiling the list
[11:09:42 AM] S: very helpful
[11:09:52 AM] ja: no problem
[11:10:03 AM] S: dick head
[11:10:10 AM] ja: sallad tosser
[11:10:22 AM] S: Blumpkin giver
[11:10:28 AM] ja: pillow biter
[11:10:38 AM] S: Donkey ... oh never mind
[11:10:49 AM] S: I'm gonna go fuck the dog

Szczególnie uważałbym z “salad tosser”. Znajomy został zapytany przez poznaną w barze dziewczynę, czym się zajmuje. Nie chciał się ujawniać, że jest finansistą w dużej firmie więc powiedział nieświadomy slangowego znaczenia: „I’m a professional salad tosser in McDonalds”. Nadal wacham się czy był to najlepsza czy najgorsza z możliwych strategia podrywu.
Jeśli ktoś postanowi sprawdzić znaczenie we wspomnianym Urban Dictionary, ostrzegam... robi to na własną odpowiedzialność. What’s been seen cannot be unseen.


10:52, pomidoroff
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 listopada 2012
SA

19:50, pomidoroff
Link Dodaj komentarz »
Psiuku(ta)s

Jakiś czas temu zmieniłem stopkę podpisu w firmowym mailu ze standardowego "Best Regards" na "Best Retards". Myślicie, że ktoś zauważył?

Best Retards,

Kropotkin

15:46, pomidoroff
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 listopada 2012
Żółte papiery razy trzy

„Żółte papiery” – taką diagnozę wystawiłbym dziewięćdziesięciu procentom kierowców w Nairobi, a dodatkowo policji, której tam na drogach albo nie ma w ogóle, a jak już jest to jest nieporadna i skorumpowana. Na początku myślałem, że styl jazdy oparty na zasadzie, że piętnaście centymetrów odstępu między samochodami to zaproszenie, żeby ktoś się wciął bierze się z tego, że samochodów na ich fatalnych drogach jest za dużo. Założyłem, że skoro każdy chce gdzieś dojechać, a przy takich korkach, jeśli brak kierowcy asertywności lub wręcz bezczelności, to nigdzie się nie dojedzie, bo każdy inny kierowca wykorzysta moment i się wetnie, inaczej się po prostu nie da. Więc sytuacje, gdzie na rondzie z trzech pasów robi się nagle pięć i w zasadzie z każdego można zjechać każdym zjazdem, nie dziwiły, a co najwyżej irytowały. Zmianę pasa sygnalizuje się nie tylko kierunkowskazem (o ile w ogóle ktoś to robi), ale przede wszystkim ręką wystaioną z palcem wskazującym. Tylko taki sygnał ma jakieś znaczenie. Główną drogą miasta pędzą ciężarówki, które nie zwalniają w żadnym wypadku, osobówki skaczące z pasa na pas jak pchła po chudym psie i pieprzone matatu. Kierowcy matatu, to jest najgorsza swołocz na drodze. Grzeją w swoich przeładowanych rozklekotanych busikach. Stają gdzie im wygodnie w dupie mając cały ruch, który przy tym blokują. Jednym słowem zero wyobraźni, kultury i społecznych zachowań. Co na to policja? Jedyna policja jaką widziałem kieruje ruchem na siedmiu rondach głównej arterii miasta, gdzie sygnalizacja nie działa, a jeśli działa to tylko sobie a muzom. Któregoś razu, w drodze do klienta, nasz kierowca postanowił wyprzedzić ślimaczącą się kolumnę. Pech, że było to w okolicach skrzyżowania i tuż za skrzyżowaniem taki krawężnik nas zatrzymał i po prostu wgramolił się do samochodu każąc zawieść na posterunek. Oczywiście po to, żeby spisać protokół, wlepić mandat itp. Simon, nasz kierowca nie jest w ciemię bity, sam przez osiemnaście lat powoził matatu więc wiedział, że chodzi tak naprawdę tylko o postraszenie, bo i tak skończy się na łapówce. Podwieźliśmy więc policjanta pod posterunek, gdzie dostał dwieście szylingów w łapę i dał nam spokój.
To był pierwszy powód wystawienia żółtych papierów.

Wylatywałem wczoraj z Nairobi do RPA. Przy check in’ie pani poprosiła mnie o książeczkę szczepień, a konkretnie o dowód szczepienia na żółtą febrę. Mam taki dokument, owszem, w szufladzie w Dubaju, z czasów wyjazdu do Ghany, gdzie był wymagany do wydania wizy, ale w życiu nie słyszałem o tym, żeby był potrzebny na wjazd do RPA. Brak dokumentu groził albo dodatkową opłatą lub domową boardingu. Zaproponowano mi, żebym udał się do przychodni w hali przylotów i zrobił sobie szczepienie wtedy dostanę książeczkę i problemu nie będzie. W przychodni przyjął mnie bardzo znudzony, zajęty zresztą jedzeniem lunchu pan kierownik w garniturze. Opowiedziałem w czym rzecz, że mam szczepienie, dokumentu nie mam i co możemy poradzić. Popatrzył czule jak na wariata, uśmiechnął się, powiedział, że ma takich przypadków mnóstwo i, że generalnie nie ma problemu. Musze tylko zapłacić półtora tysiąca za szczepienie, oni wystawią kwitek, ja z tym kwitkiem pójdę do pielęgniarki przekonam ją, żeby nie robiła mi szczepienia, że sama pieczątka wystarczy, a oni wystawią mi dokument ze wsteczną datą, bo trzeba dodać, że okres aktywacji szczepionki to dziesięć dni. Rozmowa szła mniej więcej tak:
Kierownik – Bo widzi pan, tutaj często przychodzą zdesperowani ludzie w potrzebie. Mówią mi, że nie mają pieniędzy i ja im daję ten dokument. Płacę ze swojej kieszeni! Oni się zobowiązują, że przyślą mi te pieniądze, ale nigdy jeszcze nikt nie przysłał.
Ja – To taka trochę charytatywna ta pana robota
Kierownik – Nie do końca. Ja wierzę, że to co robię Bóg mi kiedyś wynagrodzi. Są tacy cwaniacy, co handlują tymi książeczkami. Przychodzą tu, dostają je legalnie, a potem sprzedają za czterdzieści, pięćdziesiąt dolarów! Jak widzą kogoś z plecakiem, to zaraz naciągają, mówią, że to konieczne i sprzedają. Te szczepionki nie są takie do końca obojętne dla organizmu. To są przecież wirusy (albo bakterie). Czasem ma się po nich gorączkę. Pan porozmawia z pielęgniarką, żeby panu nie dawała zastrzyku. Niech pani tylko nie mówi, że to jak tak doradzałem

Chwilę później u pielęgniarki:
Ja – Wie pani co. Zróbmy tak. Pani mi nie da zastrzyku, a ja wrócę do szefa i powiem, że był i że mnie bolało.
Pielęgniarka – Tak nie można. Mogę stracić pracę.
Ja – Się pani nie martwi, nie wygadam się nic a nic.
Pielęgniarka – Pokażesz, że gdzie cię boli?
Ja – Tu – poklepałem się w prawe ramię
Pielęgniarka – Nie tu! W lewe ramię. Trzymaj tu ręką cały czas
Ja – Tak jest!

Wszystko to to oczywiście jedna wielka maskarada. Check-in wie o procederze, bo byłby głupi gdyby nie skumał o co biega, skoro po chwili wraca klient z pieczątką postdatowaną o dwa tygodnie. Pielęgniarka też niczym nie ryzykuje skoro kręci się takie wałki masowo, a kierownik najprawdopodobniej opycha niewykorzystane szczepionki na lewo. Wszyscy są zadowoleni.

A teraz historia trzecia
Siedziałem już w hali odlotów, przysłuchując się rozmowie grupy białych południowo afrykańczyków na temat latania samolotem. Stali przy oknie i wypatrywali naszej maszyny, która dopiero miała przylecieć z Johanesburga. Chwilę potem moment ekscytacji, zobaczyli jak samolot podchodzi do lądowania. Spojrzałem też, faktycznie podchodzi. Był na około pięćdziesięciu metrach, gdy pilot dał szpulę i odszedł na drugi krąg. Chwila konstrenacji wśród podjaranych obserwatorów i rozpoczęła się dyskusja, a czemu, a dokąd i tak dalej. I dalej patrzą się w okno czekając, aż znów podejdzie do lądowania. A samolotu nie ma. Mijają minuty, nadal nie ma. Mija ze dwadzieścia minut i samolot podkołowuje pod rękaw. Podkołowuje choć nie lądował.
Zapakowaliśmy się, maszynę zatankowano, bagaż zapakowano i odjeżdżamy spod terminalu. Kołujemy w kierunku pasa, gdy odzywa się kapitan:
- Mamy tu dziś spore zamieszanie na lotnisku z powodu pogody i zmiennego wiatru. Kontrola lotów próbuje sobie z tym chaosem poradzić. Kazano nam prezrwać lądowanie i podejść drugi raz z przeciwnego kierunku. Kołujemy teraz na pas, ale tak naprawdę nie wiem,  czy wystartujemy od razu. Być może będziemy musieli znów zmienić kierunek.
Czekaliśmy przed progiem pasa około piętnastu minut, zdążyłem się zdrzemnąć. Prze nami stał jeszcze jeden samolot kenijskich linii i też czekał. Po jego starcie kapitan oznajmił, że musimy pojechać na drugi koniec pasa i startować w przeciwnym kierunku. Co też uczynił. W międzyczasie widziałem jeszcze jeden samolot startujący w kierunku, na który nam nie zezwolono.
To były żółte papiery dla kontrolerów lotniska w Nairobi, którzy najwyraźniej nawyki drogowe przynoszą do pracy.
Piszę to z Cape Town, gdzie jak dotąd wszystko wygląda wręcz nierealnie normalnie. Może poza ruchem lewostronnym.


23:20, pomidoroff
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35